„Jesteś moim domem. Nie chcę być tam gdzie ciebie nie ma…” („Słodkie zwycięstwo” J. Sterling, s. 152)


Autor: J. Sterling
Tytuł: Słodkie zwycięstwo
Data wydania: 2018 r.

OPIS WYDAWCY:
Kiedy kariera baseballisty dobiega do fazy schyłkowej, człowiek ma wrażenie, że otrzymał kopniaka w brzuch.
Tak jakby w końcu dotarło do niego, że ten sport nigdy go nie kochał. Tyle bezsennych nocy, godzin spędzonych na siłowni, treningów, przygotowania mentalnego, nieobecności podczas świąt, urodzin dzieci, wspomnień, których się nie ma wraz z rodziną… I po co to wszystko? Okazuje się, że baseball wcale się o ciebie nie martwił. Nie spędzał bezsennych nocy, zastanawiając się, jak uczynić cię lepszym zawodnikiem. Miał to gdzieś.
Baseball to biznes. Sport. Gra.
Najważniejsze jest słodkie zwycięstwo, nie tylko na boisku.
Ostatni tom serii, którą pokochały kobiety na całym świecie.
„Razem przeciwko całemu światu. Czy wystawieni na kolejną próbę nie stracą wiary w siebie nawzajem? Przekonajmy się, czy grając we wspólnej drużynie, Cassie i Jack zwyciężą w swoim najważniejszym meczu
RECENZJA:
Szczerze mówiąc miałam nadzieje, że „Słodkie Zwycięstwo” będzie spektakularnym zakończeniem trylogii The Perfect Game… Niestety… Autorka nadal pisze na tym samym poziomie, czyli średnim. Owszem czyta się jej książki lekko i szybo, w końcu „Słodkie Zwycięstwo” zajęło mi tylko pół dnia. Jednak w jej książkach brakuje mi czegoś, brakuje mi bum i łał. Mam wrażenie, że są trochę bez polotu.
W ostatniej części przygód Cassie i Jacka miałam nadzieję, że ich historia mnie porwie. Niestety fabuła była do przewidzenia… Jack w pierwszej połowie książki zostaje kontuzjowany i jest straszliwym dupkiem, który czuje się bezradny, a potrzebuje udowadniać swoją męskość. Cassie dzielnie znosi jego humory, chociaż też powoli traci cierpliwość. Ale naprawdę?! To miał być ten wielki zakręt życiowy, o którym czytamy na okładce? Niestety mam wrażenie, że autorka zrobiła z Cassie i Jacka naiwne dziecinki, ich problemy w świetle życia codziennego, zdają się błahe, a sami bohaterowie mają nadal problem z komunikacją bo do ich rozwiązania zawsze potrzebują jakiegoś mediatora. Przecież tak się nie zachowują prawdziwie zakochani?! Nie można też ukryć, że problemy Cassie i Jacka same sią rozwiązują, czytelnik nie jest w stanie odczuć zaangażowania bohaterów. Trudno również poczuć głębsze emocje towarzyszące Cassie i Jackowi, gdyż są one bardzo płytko i infantylnie przedstawione. Wielka szkoda, bo zarówno postacie, jak i fabuła ma ogromny potencjał.
Druga część książki to czysta sielanka, życie się toczy, przyjaciele się jednoczą, dzidzia się rodzi… Sam opis porodu zajął większą liczbę stron, niż kłótnia Cassie i Jacka… Wiecie co mnie jeszcze zirytowało? To jak Cassie łatwo porzuciła swoje marzenia o fotografii… Rozumiem urodziła, chciała być blisko dziecka, ale niestety długo, długo po porodzie nie wróciła do pracy – stała się, z przykrością stwierdzam, kurą domową… To takie stereotypowe…
Oczywiście Babcia i Dziadek zawsze na poziomie – ich mądrość życiowa mnie zachwyca uwielbiam ich. Oni jedyni naprawdę wiedzą, że „nic nie trwa wiecznie (…) nic oprócz miłości…” („Słodkie zwycięstwo”, J. Sterling, s.74).
Podsumowując… ta książka to zbędna część trylogii, owsem przyjemna, ale taka… bezsensu… Autorka w ostatniej części próbowała opisać problemy rodzinne, ale niestety wszyło tak, że o miłości Jacka i Cassie mamy tylko przez ¼ część książki, następnie pojawia się Dean i Mellisa, potem dziecko, emerytura, sielankowe życie i historia dorosłego już syna głównych bohaterów jako baseballisty… Nic dodać, nic ująć 4/10 – moja ostateczna opinia.
Dziękuje za egzemplarz www.czytampierwszy.pl

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

ZGADNIJ KTO